Andrzej Pitera.

Chorzów 1935 Warszawa 2017 – to są daty, które wyznaczają ramy jego życia, dzisiaj ostatecznie wypełnione i zamknięte. Kim dla nas był: Jędrusiem, Dżekusiem, Pędzlem, artystą malarzem, grafikiem, myśliwym, kawalarzem, brydżystą, duszą towarzystwa, dobrym człowiekiem – za życia – po trosze każdym, bo we wszystkich wymienionych wcieleniach czuł się równie dobrze i na miejscu. O czym doskonale wiedzą wszyscy, którzy mieli z Nim kontakt, na co dzień i od święta.

Czy, może był tym młodym chłopcem, patrzącym z tarasu domu w Strzyżowie, w czasie okupacji, na wybuchający pociąg, na pobliskiej stacji, co tak mocno utrwaliło się w Jego pamięci. Czy też, młodzieńcem z walizą rysunków, które rozrzucił przed komisją egzaminacyjną na Krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, co tak zachwyciło szacowne grono profesorów, że został przyjęty na 2 rok, bez dalszych egzaminów! Z prawem wyboru pracowni i profesora. Wrodzona skromność kazała mu rozpocząć studia normalnie, od pierwszego roku.

W trakcie studiów uważany za wybitny talent, wielokrotnie nagradzany i doceniany, zaś dla kolegów, specjalista od organizacji wystrzałowych imprez, także w Piwnicy pod Baranami. Czy też, szczęśliwym, przez 56 lat mężem – ukochanej Oli, Ciapy, Puni.

Razem stworzyli otwarty dom niezapomnianych, upojnych nocy do świtu, tanecznych zabaw, kart, muzyki i niesamowitych opowieści…
… a może wspaniałym twórcą obrazów, które były rozpasaną kolorami, kontynuacją tych opowieści, zaklętych w przestrzeni płótna, wyczarowanych farbami, kredką czy piórkiem…
…a może, jednym z ostatnich majstrów, którzy na przekór czasom są drogowskazami Sztuki.

Sztuki Wysokiej – zarezerwowanej dla najlepszych. Dziękujmy Bogu, za Andrzeja, za jego dzieła, za barwy, którymi nas obdarował rozświetlając naszą szarą codzienność.
Życie to sen. Daj mu Panie sen wieczny, bo na niego zasłużył.
Amen.